Mini John Cooper Works Cabrio – gokartowa frajda

Zanim po raz pierwszy wsiadłem do testowego Mini wiedziałem czego się spodziewać. Grubo ponad 200 koni w tak niewielkiej karoserii musi wciskać w fotel z siłą porównywalną do wybuchu eksplozji, a dzięki otwartemu nadwoziu jeszcze przyjemniej doświadcza się prędkości. Mówiąc krótko – przewidywałem, że będzie to kieszonkowa i bardzo zwrotna torpeda. Samochód zaskoczył mnie jednak pod wieloma względami. Między innymi tym, jak kartingowe odczucia jest w stanie zapewnić. Mini JCW Cabrio to gokart, którym możecie legalnie poruszać się po ulicach. I pomimo, że nie ma dachu – można nim jeździć bez kasku!

Prowadzenie niewielkich samochodów z twardym zawieszeniem zwykle porównujemy do jazdy gokartem. Czemu, skoro mają tylko po 10 koni mechanicznych? Otóż stosunek mocy do masy pozwala na ekscytujące przyspieszenie, które spotęgowane jest niewielkimi gabarytami. Mała kierownica nieustannie informuje o tym, co dzieje się z pojazdem, dzięki czemu nietrudno jest przewidzieć jego zachowanie. Bezlitosne zawieszenie, pozbawione amortyzowania, zachęca do wchodzenia w zakręty z coraz odważniejszymi prędkościami. Nisko osadzony fotel mocno opina kierowcę, aby nie zabrakło mu podparcia w szybko pokonywanych łukach. Niemal to samo można poczuć w Mini JCW, bowiem jest niezwykle precyzyjne w prowadzeniu i wyróżnia się świetną trakcją.

John Cooper Works to specjalne edycje modeli Mini, które nawiązują do rajdowych zwycięzców ze stajni Johna Coopera. Na początku lat 60. XX wieku, na przekór wszystkim i wbrew przeciwnościom, wykazał się pionierskim pomysłem umieszczając mocny silnik w miniaturowym nadwoziu. John Cooper stworzył w ten sposób kultowy samochód, który przełamał stereotypy i zostawił po sobie wyraźny ślad na kartach historii sportów motorowych.

 

Mini Cooper S tryumfował w Rajdzie Monte Carlo w 1964, 1965 i 1967 roku pokonując mocniejszych rywali takich jak Ford Falcon Sprint, Saab 96 Sport, Lancia Fulvia HF, czy Porsche 911.

 

21 stycznia 1964 roku Mini Cooper S po raz pierwszy wygrał legendarny Rajd Monte Carlo. Niespodziankę przygotowali Patrick Hopkirk i Henry Liddon, którzy skutecznie stawili opór rywalom jadącym z założenia o wiele lepszymi i mocniejszymi samochodami. Rok później Timo Makinen z Paulem Easterem obronili tytuł. Wsparł ich w tym aż 115-konny silnik o pojemności 1275 centymetrów sześciennych. W 1966 roku doszło do największych emocji, bowiem trzy Mini przyjechały na metę na pierwszych trzech miejscach. „Trzej muszkieterowie” zdominowali rajd, ale sędziowie kontrowersyjnie zdyskwalifikowali całą trójkę za nieregulaminowego koloru żarówki w lampach. W 1967 roku Rauno Aaltonen nie pozostawił wątpliwości i wygrywał wszystkie oesy ze średnią przewagą 12 sekund, a Mini tryumfowało po raz trzeci.

 

Dzisiejsze Mini pielęgnuje tradycję umieszczając logo John Cooper Works na swoich najszybszych modelach. To brytyjskie dziedzictwo, rajdowa historia oraz… niemiecka technologia.

 

Pod maską testowanego Mini pracował czterocylindrowy silnik o pojemności 2 litrów z turbosprężarką wyposażoną w wirniki z dwoma rzędami łopatek, czyli w nazewnictwie BMW TwinPower Turbo. Jednostka jest bardzo elastyczna i ochoczo wkręca się na obroty. Podczas przyspieszania maksymalny moment 320 niutonometrów dostępny jest w zakresie 1250-4800 obr./min, a następnie pałeczkę przejmuje moc w ilości 231 koni mechanicznych, które dają z siebie wszystko przy 5200 obr./min. W połączeniu ze skrzynią Steptronic, która sprawnie przekazuje te wartości na przednią oś, czas przyspieszenia do prędkości 100 km/h wynosi niewiele ponad 6 sekund, a prędkość maksymalna to 240 km/h. Średnie spalanie według producenta to 5,9 litra na 100 kilometrów, ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, że jest to wynik nieosiągalny. Auto najlepiej czuje się w trybie wyczynowym, kiedy jest najbardziej nadpobudliwe, więc przez większość czasu poruszałem się właśnie w tym ustawieniu. JCW w mieście może wypić nawet 13 litrów, ale górna granica zależy tak naprawdę od fantazji prowadzącego. Na 100-kilometrowym odcinku autostrady natomiast, poruszając się ze średnią prędkością 145 km/h, udało mi się osiągnąć średnią na poziomie 9,2 litra.

Wydech Mini potrafi być bardzo ekscytujący i odwracać głowy zaciekawionych przechodniów. W trybie sport Miniak zamienia się w popcornicę na czterech kołach, dosłownie! Przy odpuszczaniu gazu i redukcjach przełożeń do uszu dobiegają odgłosy podobne do prażenia ziaren kukurydzy – niemniej jednak głośniejsze i znacznie bardziej satysfakcjonujące. Ten kabriolecik nie przejedzie niezauważony, gdy zacznie strzelać ze swojej dubeltówki. Mini JCW to taki drogowy rozrabiaka, który lubi głośno dawać o sobie znać, zupełnie jak mały i nieco nadaktywny piesek. Kipi energią, ale jest przy tym bardzo towarzyski. Budzi też większe zainteresowanie kobiet.

W tym samochodzie jazda to nie tylko przemieszczanie się, to przeżycie mimowolnie wywołujące uśmiech na twarzy. Mini z taką łatwością nabiera prędkości, że aż trudno się powstrzymać od wciskania pedału gazu. Na szczęście nie zapomniano też o wydajnych hamulcach, na wypadek gdyby sytuacja zrobiła się nieco zbyt ekstremalna. Elektroniczna blokada mechanizmu różnicowego pozwala na odważne pokonywanie zakrętów, a dzięki sztywnemu zawieszeniu nadwozie prawie wcale się nie wychyla. Naprawdę trudno jest znaleźć wyzwanie dla tego auta, bo każdy łuk i każdą szykanę przejeżdża tak, jakby nie robiło to na nim żadnego wrażenia – możliwości trakcyjne przewyższają zdrowy rozsądek kierowcy. Sportowa, automatyczna skrzynia sześciobiegowa z możliwością zmiany przełożeń za pomocą łopatek działa znakomicie, jest bardzo szybka i kosztuje dodatkowe 9 tysięcy złotych.

 

Pod 18-calowymi felgami ze stopów lekkich umieszczono pokaźnych rozmiarów tarcze hamulcowe z czterotłoczkowymi zaciskami w czerwonym kolorze i z logo John Cooper Works.

 

Niewielka ilość miejsca na tylnej kanapie Mini Cabrio nie powinna dziwić, ale idąc na pewne kompromisy da się nim podróżować na krótkich dystansach w cztery dorosłe osoby. Im jednak dalej będziecie jechać, tym z drugiego rzędu siedzeń częściej będą padały opinie kwestionujące wybór samochodu. Z tyłu w komfortowych warunkach usiądą tylko dzieci, ale najrozsądniejszą opcją będzie użycie kanapy jako dodatkowej przestrzeni na bagaż, bowiem bagażnik oferuje minimalną ilość miejsca – zaledwie 160 lub 215 litrów w zależności od pozycji dachu. Wybierając jednak cabrio segmentu B trzeba się z tym liczyć.

Kształty wnętrza wciąż wyglądają podobnie jak w 2001 roku, kiedy weszło na rynek pierwsze Mini spod skrzydeł BMW. Do dzisiaj pozostały między innymi charakterystyczne przełączniki, zegary zespolone z kolumną kierownicy, czy tak zwana „waga” na środku deski rozdzielczej, nawiązująca do centralnego prędkościomierza z pierwszego Mini. Wszystko poszło jednak z duchem czasu, a projektantom udało się odświeżyć ten oldschoolowy styl. W okrągłej obudowie wokół wyświetlacza umieszczono diody, które w zależności od wybranego trybu zmieniają podświetlenie. Można je również zaprogramować tak, aby wyświetlały obroty silnika. Skoro jesteśmy przy gadżetach – obudowę lusterka drzwi kierowcy można doposażyć w projektor, który białym światłem wyświetla logo Mini na podłożu.

Wielofunkcyjna kierownica doskonale leży w dłoniach, jest idealnych rozmiarów i nawet w momencie gwałtownego przyspieszania nie wyrywa się kierowcy z dłoni – a nie jest to wcale takie oczywiste przy tak wysokim momencie obrotowym przekazywanym na przednie koła. W letnie dni, gdy miałem przyjemność jeździć tym samochodem, doceniłem fakt, że testowy egzemplarz otrzymał tapicerkę z tkaniny. Wysokiej jakości materiał użyty do pokrycia foteli i kanapy wygląda rewelacyjnie i nie nagrzewa się jak skóra. Niestety kosztuje ponad 6 tysięcy złotych. Podłokietnik i podgrzewane siedziska to kolejne przydatne funkcje z listy opcji. O dziwo automatyczna klimatyzacja też wymaga dopłaty! Wyjmując z portfela kolejne tysiące można doposażyć gokarta w usługi Consierge, czy nawigację z podglądem na zakorkowanie w czasie rzeczywistym. Sportowe fotele, skórzana kierownica i dźwignia zmiany biegów, a także nakładki na pedały ze szczotkowanej stali to z kolei elementy wyposażenia standardowego.

 

Fotele John Cooper Works mocno trzymają zapewniając dobre podparcie boczne, a także mają swoje walory estetyczne. W kabriolecie lepiej spisze się materiałowa tapicerka zamiast skórzanej.

 

Zestaw nagłośnienia firmy Harman Kardon gra znakomicie, ale jest to wydatek prawie 3500 złotych.

 

Zegary przywodzą na myśl te z motocykli, ale obrotomierz nie jest zbyt dobrze widoczny. Wyświetlacz head-up ze wskazaniami m.in. nawigacji, obowiązujących ograniczeń prędkości i aktualnego przełożenia to wydatek ekstra.

 

Retro design przejawia się w szczegółach, jak na przykład wlew paliwa. Takie detale cieszą oko.

 

Odmiana cabrio jest nieco cięższa od hatchbacka – waży 1320 kilogramów, ale przy rozłożonym dachu doznania z ostrej jazdy są rewelacyjne. To chyba jeden z tych przypadków, w których warto przepłacić. Za kierownicą Mini JCW więcej frajdy sprawiały mi szybko pokonywane zakręty niż wciskanie pedału gazu na prostej. Pozytywnie zaskoczył mnie wydech oraz kartingowe odczucia z jazdy, które nie są tylko pustym sloganem marketingowym. Sięgając pamięcią do małych i mocnych samochodów, które zapewniały doskonałe wrażenia z jazdy, uświadomiłem sobie, że żaden z nich nie był tak gokartowy co Mini JCW. W Abarthcie 500 siedzi się nienaturalnie wysoko. Audi S1 to jednorożec współczesnej motoryzacji z manualem i quattro, ale przednionapędowe Mini też prowadzi się bardzo dobrze. Clio R.S. jest wolniejsze, ale ma za to niesamowicie brzmiący układ wydechowy Akrapovič i jest przy tym znacznie tańsze. JCW Cabrio kosztuje od 153 tysięcy złotych z manualem i 162 tysięcy z automatem. Decydując się na kilka dobrodziejstw z listy wyposażenia dodatkowego spokojnie można przekroczyć 200 tysięcy złotych. Niewątpliwie jest to największa wada tego samochodu.

 

Dodaj komentarz